Boję się wyjść z domu. To nie jest do końca zabawne, na pewno nie z mojej perspektywy. Długie wycieczki po polach czy spacery przy świetle księżyca odeszły w zapomnienie, a wszystko to ze strachu. Czego się boję? Tych bzyczących bandziorów, latających, żądlących i obsiadających okna w moim mieszkaniu owadów o takie niby- słodkiej nazwie komar. Nie da się przed nimi uciec, nie ma żadnego złotego środka, próbowałem wszystkiego! Off, mosbito, trebon mega, grube ubrania, czapki- nic! Cokolwiek robiłem zawsze mnie dopadały w każdą możliwą część ciała, i to wyglądało jak jeden wielki spisek, zupełnie tak jakby czekały aż tylko opuszczę gardę. Kąpiesz się spokojnie w jeziorze, bo pod wodą ich nie ma- przecież to logiczne- ale one wiedzą, ooo tak! One wiedzą, że kiedyś z niej wyjdziesz… No to latają w kółko przy brzegu, tak niewinnie jak gdyby nigdy nic, robią sobie te swoje robacze, rodzinne wycieczki na obiad, nad jezioro, na mnie. A ja próbuję pamiętać, że one tam są, że czekają fruwając w kółko! Ale to nie działa, bo kąpiel zawsze jest taka przyjemna, tak więc endorfiny robią swoje, odwracając uwagę od prawdziwego niebezpieczeństwa, które bzyczy coraz głośniej i głośniej. Jezioro to tylko jeden z przykładów, wszyscy wiemy, że nad jeziorem zawsze jest ich dużo, ale wycieczki do głupiego warzywniaka to to samo, wiedzą, kiedy atakować i robią to bez skrupułów, a za każdego jednego zabitego przylatuje pięć następnych, mszczą się i kąsają. Zabiłem ich tysiące, miliony przez 22 lata mojego życia i nic! Boję się wyjść z domu.